DHD Logo Fuck the rules! Live to ride

Suzuki LS 800 Mobster

Rok 2004. Zapadła decyzja - kupuję motocykl klasy co najmniej 700 cm3. Chciałem HD, ale finanse dosyć szybko mnie wyleczyły z tej opcji - za kwotę którą dysponowałem, mógłbym sobie kupić najwyżej coś w stylu motocykla ze zdjęcia po prawej, czyli motocykl w dużym stopniu nieoryginalny, z rozgrzebaną instalacją, poważniejszymi uszkodzeniami (np pękniętą ramą) i kupą "patentów", które - w miarę oglądania kolejnych używanych motocykli - stały się dla mnie niemal synonimem wiekowych używek firmy Harley-Davidson spotykanych w Polsce.
Oglądnąłem wiele motocykli, ale żaden jakoś szczególnie do mnie nie przemówił. W sumie sam wtedy jeszcze nie byłem pewny czego szukam. Wiedziałem tylko, że nie może to być motocykl standardowy i że ma to być maszyna w stylu czoper. Na pewno nie chciałem motocykla "ślyyycznego", czyli nic w stylu Virago - motocykl miał być po prostu "raw steel".
Traf chciał, że wakacje 2004 spędzałem w małej wiosce pod Przemyślem. Do Rzeszowa rzut beretem, więc postanowiłem odwiedzić znajomego - Gumisia. Gumiś wiedział o moich ciągotach, zresztą wcześniej oblukał w Rzeszowie dla mnie kolejnego HD (który - jak sie okazało - z HD to miał wspólnego tyle, że był silnik z WLA, reszta to była radosna twórczość paprochów ze spawarką w łapie).
No i w tym Rzeszowie Gumiś posadził mnie w swoim salonie prasowym, dał w łapę Świat Motocykli, Dizmar, Giełdę Motocyklową i zaczęliśmy szukać. Wytypowaliśmy kilka w miarę interesujących maszyn, obdzwoniliśmy właścicieli i komisy i zaczęło się jeżdżenie.
Przy okazji wyszło, że w Rzeszowie więcej jest komisów motocyklowych niż we Wrocławiu ;) No ale co tam.
Po obskoczeniu kilku(nastu) miejsc byłem już niemal zdecydowany na Kawasaki VN 1500 Vulcan z 1990 roku - tą, co na fotce po lewej. Owszem, wiedziałem, że maszyna ma wady (rdza, trochę poobijany bak, paskudny tylny błotnik, brzydkie plastikowe elementy, łyse opony), no ale 1,5 litra pojemności i Vulcan - brać, nie gadać!
Tyle, że właściciel nie był zbyt skory do negocjacji, a cena, za którą wystawił motocykl w komisie, przekraczała posiadany przeze mnie budżet i to dosyć znacznie - w zasadzie na motocykl by mi z trudem starczyło, ale już na nowe opony np - nie. Negocjacje się przeciągały, ale bez efektów. W końcu odpuścilismy temat.
Dwa dni później dzwoni właściciel, i mówi, że zgadza się na cenę proponowaną przez nas, jeżeli weźmiemy motocykl dziś. No to gaz do Rzeszowa, heja do banku po kasę, potem szybki telefon do komisu żeby się umówić na odebranie iii... Motocykl 15 minut temu został sprzedany. I to za cenę niższą, niż się dogadaliśmy z właścicielem.
Goddamit!
Ale Gumiś mówi, że wynalazł coś jeszcze - pokazuje mi ogłoszenie w świeżym, jeszcze pachnącym farbą drukarską Świecie Motocykli. Na oko - eeeee, jakiś składak, Suzuki Savage z silnikiem z VZ 800 Marauder. Ale nic to, jedziemy obejrzeć.
Ciemno już trochę było. Właściciel motocykla mówi, że przesiadł się na crossy i pozbywa się czopra. Wyprowadził go na zewnątrz. No, całkiem całkiem - Savage w końcu to mocno czoprowy typ, a tu jeszcze do tego V-ka, parę ciekawych dodatków, drewniane (!) manetki... Ale akku zdechł, nie dało się odpalić. Więc umawiamy się na drugi dzień. Gumiś mówi, że taka hybryda to różnie może być, że trza obadać czy wszystko ok, ale cena całkiem okazyjna - porównwywalna z ceną Savage z tych roczników, a znacznie niższa od cen Marauderów. No nic, na drugi dzień przyjeżdżamy, ssanie na grosik (z powodu uszkodzenia linki ssania, trzeba ją było blokować monetą do momentu rozgrzania się silnika), rozrusznik i...
I już wiedziałem, że go kupię. Przepięknie gadający wydech, żaden z oglądanych do tej pory motocykli nie brzmiał tak wspaniale, nawet HD (!). Tak, wiem - kupowanie motocykla z powodu ładnie gadającego wydechu to tak, jak żenienie się z kobitą, bo ładnie pierdzi. Ale co ja poradzę, moto się kupuje sercem, a tu serce wręcz darło się "Bierz go, to maszyna dla ciebie!".
Krótke targi, sprzedający nieco opuścił (jakby nie opuścił, to i tak bym kupił) i... Mam :D

Moto w dniu zakupu.

Ja na moto w dniu zakupu.
A potem, z przyczyn niezależnych, moto przez przeszło rok stało w Rzeszowie u Gumisia... Dopiero w październiku 2005 motocykl przyjechał na przyczepce do Wrocławia. I zaczęły się... Przeróbki

A motocykl ochrzciłem mianem "Mobster", czyli gangster ;)

Twój komentarz:

Przepisz kod z powyższego obrazka:
Podpis:

Tekst powstał 2010-01-04, na stronę został dodany 2010-01-04, liczba odwiedzin: 5592